Złota myśl na dziś: czasem trzeba sobie odpuścić...
Do tej pory myślałam, że tak jest. Że nie przejmuję się zbyt wieloma sprawami, wrzucam na luz i jadę dalej. A jednak... W domu bałagan, piętrzą się niepoprasowane i niepozmywane góry, dzieciaki wszędzie rozrzucają zabawki, nawet nie wiem kiedy ten kurz pojawił się na szafkach!!! I jeszcze te kwiatki jak wściekłe pija wodę, znów mają sucho. W zawodowych sprawach - jak zwykle wszystko jest "na wczoraj". No i ta niekończąca się dziura w domowym budżecie.
Nie mam czasu wszystkiego idealnie upilnować - to oczywiste, uspokajam siebie. Kiedy pracuję, w domu robi się bałagan. Jeżeli zajmuję się domem - w robocie robią się zaległości. (PS. Jeżeli spotkacie kogoś, kto wam zacznie wmawiać, że można to wszystko połączyć - bez wątpienia kłamie!!!)
To dlaczego mnie denerwują te wyskakujące jak pryszcze na nosie, niechciane "niedoskonałości"? I tak nakręcam się, żołądek ściska mi coraz bardziej - aż w końcu wybucham: mąż idzie na rozszarpanie w pierwszej kolejności, biednych chłopców trafiają odłamki złości, nawet pies woli zejść mi wtedy z drogi. Hmm... Co jest? Przecież "WRZUCAM NA LUZ".
Pewnego dnia jednak mnie olśniło, a raczej grzmotnęło w głowie jak trąba jerychońska... Byłam na jednym z pierwszych wyjazdów z grupą dzieciaków, z którymi pracuję charytatywnie. Drażniło mnie to, że nie idą w parach, że krzyczą i wloką się z tyłu. W środku zaczęło pojawiać się rozdrażnienie. Dzieciaki są pełne życia - dlaczego chcesz je ustawiać pod linijkę??? Hej, maleńka! ODPUŚĆ wreszcie sobie NAPRAWDĘ, bo najwyraźniej do tej pory tylko ci się COŚ WYDAWAŁO!!! Pani idealna się znalazła... Przecież nie jesteś w stanie wszystkiego kontrolować.
I tak też się stało. Tamtego pamiętnego dnia naprawdę wrzuciłam sobie na luz. Ot tak po prostu, zwyczajnie. Jakby mi się jakaś zapadka przestawiła w głowie. I wiecie co? Dobrze mi z tym :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz